poeta/pisarz, mieszkam w hotelu
Awatar użytkownika
30
180
he/him
about
Make your fingers soft and light
Let your body be the velvet of the night
Touch my soul, you know how
Andante, Andante
Go slowly with me now

Post

Zaśmiał się na wzmiankę o właścicielu cyrku. Musiał przyznać mu rację, bo Durmand bez przerwy gadał o szczęśliwej inwestycji oraz budującej się między mężczyznami przyjaźni. Na miejscu Victora czułby się cholernie niekomfortowo, będąc dzień w dzień bodźcowanym setkami komplementów. Na szczęście poza grubym adoratorem miał pod ręką resztę trupy oraz Lysandra, który świetnie rozumiał jego zagubienie. Może ostatnie dni nie rozmawiali szczególnie często, ale zdążyli złapać wystarczającą nić porozumienia, a głównym spoiwem okazywała się troska o Rosalie.

— Aż cztery? Mnie pokazał tylko trzy — odparł z udawanym oburzeniem. Nic nie radowało go bardziej od dwóch światów łączących się w jego ukochanym miejscu. Mimo posiadanego bogactwa, arystokrata wydawał się tak normalny. Tak zwyczajny jak oni, idealnie dopasowany jako puzzel w układance pełnej zawirowań oraz kolorowych charakterów. Był j a k i ś. Okazywał emocje, których akrobata nigdy wcześniej nie widział u ludzi jego gatunku.

— Powiem, że są od ciebie. Na pewno się ucieszy — odparł pogodnie. Nie miał zamiaru ukrywać prawdy, poza tym dziewczyna zwęszyłaby podstęp, bo Lysander nigdy nie dawał jej tak prostych, choć uroczo bezinteresownych prezentów. Byli ze sobą na tyle zżyci, że jego oczy od razu odkryłyby wszystkie karty, demaskując skrzętnie uknuty plan mężczyzny. Poza tym, nie miał się czego bać. Panna na pewno doceni jego gest, nawet jeśli speszona nie będzie w stanie za niego podziękować. Nie personalnie.

— Ważne jest to, ile mają w portfelach i jak wiele zostawią po występie — poruszył wymownie brwiami. Mogli wulgarnie komentować każdy performance, obrzucać błotem najbardziej oryginalne persony, ale zostawiając grube dolary w kapeluszu Hanka, zostaliby zaproszeni raz jeszcze. Liczył się dochód, a nie równe traktowanie podczas wielkiego show. Co innego z sytuacjami po, kiedy przechadzali się ulicami odwiedzanych miast. Wtedy chcieli czuć się bezpiecznie, po prostu, jak każdy.

— A kiedy ja dostanę kwiaty od szanownego arystokraty? Wazon w mojej przyczepie od jakiegoś czasu stoi pusty — zaśmiał się, powoli ześlizgując z szarfy. Zwinnie okręcił ją wokół dłoni, następnie wyswobadzając nogi i zeskoczył na twarde, okraszone piaskiem podłoże. Odgarnął niesforną czuprynę z twarzy, uśmiechając się szeroko do mężczyzny. Był z niego dumny, to mógł przyznać otwarcie. Zaaklimatyzował się bardzo szybko, a na jego twarzy nie znajdował cienia obrzydzenia, bez względu na to jak wyglądała cyrkowa codzienność.


Victor Vásquez
Były agent DEA, Los Feliz
Awatar użytkownika
42
185
Daddy
about
My head is in my own hell

Post

Victor z drobnym mruknięciem skinął głową. Nie był do końca pewien jak Rosalie zareaguje na drobny upominek w postaci ulubionych kwiatów. Pewnym było natomiast, że zrobi to lepiej od jego narzeczonej, która przewracała oczami na każdy za bardzo pogięty płatek na główce kwiatu. Vásquez przysiadł na jednej z ławeczek, obserwując delikatnie bujające się ciało akrobaty. Zadarł głowę, śmiejąc się na jego uwagę i zaraz wzruszył ramieniem na znak, że całkowicie się z nim zgadza. Ludzie oprócz rozrywki powinni wspomóc cyrk lub zostawić jakikolwiek miedziak uznania. Nie do końca było mu żal znajomych, których zachęcał do obejrzenia występów, wiedział bowiem, że posiadają na tyle gruby portfel, by nie odczuć utraty odrobiny gotówki. Uważał też, że przyda im się szersze spojrzenie na świat, który znali jedynie z kolorowych pism sprowadzanych z Europy i barwnych opowieści bogatych podróżników.

–– Mówisz teraz jak mój ojciec. Nie jestem pewien czy mi się to podoba –– rzucił żartem, przechylając głowę i mrużąc odrobinę powieki –– "Najważniejsze, żeby płacili. Nie ma znaczenia ile przy tym poświęcisz" –– zacytował znany sobie klasyk, nie wyglądało jednak na to by karcił Lysandra. Victor posiadał większe poczucie humoru od jego rodziny, miał też wielki dystans do własnego pochodzenia i sztywnych zasad panujących w jego domu. Być może dlatego dobrze czuł się pośród wesołej ferajny.

Z uśmiechem obserwował jak Lysander z gracją opada na ziemię. Wyciągnął przed siebie nogi i wsparł się na dłoniach, sadowiąc się wygodniej na chybotliwej ławeczce.

–– Och? –– uniósł brew, pozwalając sobie na wolne przesunięcie spojrzeniem po obcisłym, błyszczącym stroju, uwydatniającym zdecydowanie za dużo walorów młodego mężczyzny. Ubranie sprawiało, że Victor niemal nieprzyzwoicie pragnął sprawdzić faktyczną giętkość jego ciała.

Łapiąc się na tym, odwrócił wzrok i odchrząknął wesoło, pocierając palcami szorstki policzek.

–– Nie byłem pewien czy ucieszysz się z kwiatów –– przyznał całkowicie szczerze, wbijając wzrok w bok namiotu –– Nie wiem też czy którekolwiek by pasowały. Trudno by cokolwiek wzbudzało większy zachwyt –– dodał, spoglądając łagodnie na Lysandra. Dźwignął się na nogi i poprawił marynarkę, skinieniem głowy proponując by potowarzyszył mu w drodze do pustej garderoby gdzie miał sprawdzić stan strojów.

–– Ale masz rację. Wazon musi być okrutnie smutny stojąc pusty. Może pocieszy go obecność ramki, którą kupiłem. Pomyślałem...–– przecisnął się przez ciężki materiał wchodząc do dusznego pomieszczenia obok –– że zdjęcie Twoich rodziców będzie w niej ładnie wyglądać. Zrobił je jeden kupiec z muszli, które znalazł. Są piękne, spodoba Ci się –– mówił, nie patrząc na niego, zamiast tego delikatnie przebierając stroje na wieszakach.

–– Zostawiłem ją na schodkach. Mam też coś dla Hanka. Nowy kapelusz, tylko niech nie pokazuje się w nim tutaj, bo podwędziłem go matce. I tak go nie nosi, szkoda, żeby dobry kapelusz marnował się w jej szafie –– zaśmiał się, zaraz zagryzając wargę i milcząc.

–– Wybacz, jeśli to nietakt z mojej strony –– zerknął na akrobatę niepewnie przez ramię.

Lysander Galani
poeta/pisarz, mieszkam w hotelu
Awatar użytkownika
30
180
he/him
about
Make your fingers soft and light
Let your body be the velvet of the night
Touch my soul, you know how
Andante, Andante
Go slowly with me now

Post

W świecie podziałów na elitę i biedotę liczyły się wyłącznie pieniądze. Lysander nie czuł się źle z faktem, że w większości widział osoby odwiedzające cyrk jak portfele wypchane potrzebnymi do przeżycia dolarami. Byli drogą do zakupu jedzenia, nowych ubrań, a nie ich znajomymi podziwiającymi trud włożony w przedstawienie idealnego show. Nie liczyli się z samopoczuciem ani jednego artysty, nie interesowało ich poświęcenie i hektolitry potu wylewane na próbach. Wielu gości czekało na potknięcia, powody do śmiechu oraz wytykania palcami, dlatego mężczyzna odczuwał podwójną satysfakcję, kiedy dzięki drobnym manipulacjom dostawali podwójne napiwki od pijanych biznesmenów albo zauroczonych małżonek.

— Zawsze ucieszę się z kwiatów. To jedne z piękniejszych tworów matki natury —
przyznał pogodnie, odwieszając linę na pobliski hak. Skinął arystokracie głową, a następnie przeszedł za nim dalej na cyrkowe zaplecze, przyjmując z odrobiną zawstydzenia kolejne komplementy. Poprawił wżynający się w ciało, pstrokaty kostium i z zainteresowaniem przyglądał się poczynaniom mężczyzny. Nie sądził, że pan Vasquez zaaklimatyzuje się u nich tak szybko, tak łatwo. Z zapałem doglądał najdrobniejszych detali, niekiedy modernizując wysłużone elementy użytkowe, ułatwiając tym samym przygotowania do kolejnych występów. Galani widział w nim ogromny potencjał, niejednokrotnie łapiąc się na zbyt długim zawieszaniu wzroku na jego sylwetce.

— Ramka? — zamrugał zdziwiony. Nigdy nie pomyślał o ozdobieniu zdjęcia rodziców czymś tak drogim, jak ręcznie robione ramy. Z muszli? Za żadne skarby nie wydałby ostatnich pieniędzy na coś tak cennego, bojąc się o zagubienie przedmiotu albo jego zniszczenie podczas podróży. Zagarnął brązowe loki za ucho, nie wiedząc co powinien na to odpowiedzieć. Podziękować? Suche słowa aprobaty były niczym, kiedy wdzięczność wykraczała poza normalną skalę. Potrzebował czegoś więcej, jakiegoś pomysłu, który prędzej czy później zagości w kreatywnym umyśle, aby móc odpowiednio odwdzięczyć się mężczyźnie za miły gest.

— Zrobiłeś dla nas tak wiele, w tak krótkim czasie, Victorze — westchnął cicho, samemu nie wierząc w wypowiadane słowa. Szczerze mówiąc spodziewał się porażki, krótkiej przygody infantylnego bogacza, który potrzebował parudniowej odskoczni od bankietów. Ku jego zaskoczeniu los przysłał prawdziwego anioła, niezwykle zaabsorbowanego sprawami cyrku. Nowe światełko w tunelu, które mogło zmienić ich życie w sen, o którym niejednokrotnie wspominał Durmand.

— Nie sądziłem, że jakikolwiek arystokrata znalazłby w sobie wystarczająco człowieczeństwa, aby zaangażować się w cyrkowe życie. A jednak, los bywa przewrotny — dodał, uśmiechając się szerzej do rozmówcy. W pewnym momencie ułożył dłoń ramieniu Victora, niemo prosząc o chwilę uwagi skupionej na nim, zamiast kolekcji ubrań przygotowanych dla trupy.

— Pomyślałem, że...moglibyśmy spędzić trochę czasu razem po występie. Wiesz, ty i ja, bez hałaśliwej rodzinki i Durmanda za plecami. Jeśli tylko zechcesz — zaproponował nieśmiało, splatając ręce za plecami. Momentalnie odwrócił wzrok, a na jego policzki wstąpił nieznaczny rumieniec. Ostatni tydzień widywali się sporadycznie, jednak Lysander wyczuwał zalążki nici porozumienia, która mogła rozwinąć się w bliższą relację, chociażby przyjacielską. Victor wydawał się osobą, która bardzo dobrze zrozumie jego tok myślenia, nie lekceważąc nawet najbardziej absurdalnych pomysłów czy obaw.


Victor Vásquez
Były agent DEA, Los Feliz
Awatar użytkownika
42
185
Daddy
about
My head is in my own hell

Post

Victor nie oczekiwał podziękowań. Właściwie wystarczyłby mu zwykły uśmiech, który byłby odpowiedzią na jego starania. Wychowany w świecie w którym wdzięczność nie istniała, cieszył się chyba z każdego przejawu zadowolenia na twarzy innych.

Vásquez miał dosyć. Monotonii, sztywnych zasad, braku ciepła wyrażanego najdrobniejszymi gestami, które świadczyłyby o człowieczeństwie. Prezentowanie narzeczonej drogich prezentów przestało być ekscytujące, gdy widział jej chłodne, pełne wyższości spojrzenie. Matkę trudno było zadowolić bo przywykła do wygód i bogactwa, a jego ojciec spełniał każdą swoją zachciankę z dnia na dzień. Victor czuł, że dawanie komuś upominków ma sens tylko wtedy, kiedy faktycznie t r a f i do drugiej osoby.

Uśmiechnął się, sunąc palcami po ubraniach i pokręcił skromnie głową.

–– To nic takiego –– przyznał, wygładzając nitki jednego ze strojów –– Chyba po prostu wrzucasz wszystkich do jednego worka. Nie każdy arystokrata jest bezduszny, chociaż rzeczywiście większość z nich jest pozbawiona empatii –– wyjaśnił z zamyśleniem, prostując się i wzdychając pod nosem. Nie dziwił się Lysandrowi, że był podejrzliwy i niechętnie wpuszczał kogoś do swojego świata. Spotykając ludzi pokroju jego ojca, trudno, żeby wyrobił sobie inne zdanie.

Czując drobny dotyk na ramieniu, Victor obrócił się spoglądając na przystojną twarz artysty. Przestudiował jego oczy, których spojrzenie uciekło gdy na policzkach pojawił się zdrowy rumieniec. Po raz pierwszy pomyślał, że jego wargi były kształtne i wyglądały na równie miękkie jak te pielęgnowane przez Audrey kosmetykami przywiezionymi z Francji. W Lysandrze było coś naturalnie delikatnego i pięknego, jakby cały utkany był z lekkich płatków kwiatów rzuconych na wiatr. Jego nieśmiałość urzekała, odruchowo więc Victor pochylił się w jego stronę i przekręcił głowę tak, by wyłapać jego spojrzenie.

–– Chcesz spędzić ze mną czas? Sam na sam? –– upewnił się, zagryzając wargę by nie uśmiechnąć się szerzej –– Jestem pewien, że Durmand pomyśli, że próbujesz mnie zbuntować przeciwko niemu. I tak ostatnio narzeka, że spędzam z nim mało czasu –– powiedział, puszczając materiał trzymanego stroju. Wyciągnął dłoń, gdy w oczy rzucił mu się luźny cekin na ramieniu Galaniego. Delikatnie za niego pociągnął, by nie zgubić błyskotki, tym samym nieznacznie muskając linię jego żuchwy. Chwycił jedną z jego dłoni i przysunął by wsunąć w nią zniszczony od ćwiczeń cekin.

–– Nie będziesz wyzywał mnie od głupich arystokratów? –– upewnił się, wesoło unosząc brew. Powinien puścić jego dłoń kilka sekund temu, zamiast tego nadal ostrożnie ją trzymał, przypatrując się jego oczom –– Bo jeśli tak, to nie wiem czy jestem chętny –– dodał, chcąc odrobinę go rozbawić. Zamyślił się i rozejrzał po przebieralni.

–– Na występie będzie moja narzeczona i matka. Potem pewnie będę musiał upewnić się, że wrócą bezpiecznie do domu. Ale jeśli na mnie poczekasz, wrócę do Twojej przyczepy. Tylko powiedz czy powinienem przynieść kwiaty –– zaśmiał się. Szelest ciężkiej kotary sprawił, że Vásquez wyprostował się i cofnął dłonie, tym razem sam nieco zmieszany.

Hank stanął pośrodku, zadzierając głowę i rozglądając się.

–– Nigdzie nie mogę znaleźć kapelusza. Tego z ruchomym dnem. Nic tak nie działa na ludzi jak pusty kapelusz –– burknął, przetrzepując wąskie półeczki.

–– Wydaje mi się, że ostatnio widziałem go w Twojej przyczepie. Chowałeś do niego papierosy –– powiedział Victor, a Hank spojrzał na niego i zamrugał.

–– W rzeczy samej, bystry z Ciebie chłopak!

Lysander Galani
ODPOWIEDZ

Wróć do „alternate universe”